Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Anna Gabryłłowicz w Tygodniku Faktycznie

dodano ponad 2 tygodnie temu, 2017-09-10 w kategorii: Ludzie

    Tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości co drugi obywatel był kompletnym analfabetą. Na tysiąc mieszkańców aż 503 nie potrafiło czytać w jakimkolwiek języku.

    W 1931 r. wśród osób powyżej 10. roku życia statystyki GUS-u wykazywały 30 proc. analfabetów. Dane te przyjmowano za wariant nader optymistyczny. Opierały się bowiem wyłącznie na deklaracjach obywateli, którzy często przesylabizowanie drukowanego słowa uważali już za umiejętność czytania, a nieudolnie złożony podpis - za umiejętność pisania. W 1939 r. nadal mieliśmy ponad 5 mln dorosłych analfabetów, a pod względem oświaty II Rzeczpospolita znajdowała się na szarym końcu Europy.

    Analfabetyzm społeczny

    Największym „sukcesem” .reformy oświaty z 1932 r. (tzw. reformy jędrzejewiczowskiej) okazała się stale rosnąca liczba dzieci w wieku 7-13 lat nieuczęszczających do szkoły, wobec czego liczba analfabetów w Polsce zamiast się zmniejszać, zaczęła wzrastać. W roku szkolnym 1929/1930 oficjalnie około 200 tys. (w rzeczywistości 300 tys.) dzieci nie moglo korzystać z nauki z braku dostatecznej liczby szkół. W 1939 r. z tych samych powodów z dostępu do edukacji wykluczonych zostało już 600 tys. Stan polskiego szkolnictwa powszechnego w przededniu wybuchu II wojny światowej nadal był katastrofalny. Jego podstawę stanowiły nie 7-klasowe szkoły powszechne, ale tzw. jednoklasówki, w których nauczyciel nauczał jednocześnie 4 grupy dzieci z 7 oddziałów. Na 27 tys. szkół powszechnych w prawie połowie jeden nauczyciel uczył po 70 dzieci, ale bywały też szkoły, w których na jednego nauczyciela przypadało od 80 do 180 dzieci! Połowa dzieci wiejskich pobierała naukę w warunkach urągających najprymitywniejszym wymogom higieny, a wśród dzieci szerzyła się gruźlica i jaglica. Mimo 7 lat nauki uczniowie kończyli 4 klasy, co uniemożliwiało im otrzymanie nawet posady woźnego czy gajowego. W praktyce tego rodzaju edukacja prowadziła do „produkcji” jednego i trzech czwartych miliona „analfabetów społecznych”.

    Wyrobienie religijne

    W procesie wychowania i edukacji najistotniejsza jednak była sprawa religii. Religię i szkołę w II RP uznano za kwestie nierozdzielne. Kościołowi nie udało się w pełni urzeczywistnić w odrodzonej Polsce szkoły wyznaniowej, w której - wedle założeń bpa Stanisława Adamskiego - „nauka we wszystkich przedmiotach pozostaje w pozytywnej zgodzie z nauką Kościoła katolickiego, idzie pozytywnie w kierunku katolickim, a cała wychowawcza strona szkoły ma katolickie, religijne założenia i œle”. Ale kard. Aleksander Kakowski podczas swojego wystąpienia sejmowego w 1936 r. mógł triumfalnie stwierdzić, że ,,szkoła w państwie polskim jest, chwała Bogu, z zasady na ogół religijna”.

    Zgodnie z preambułą do ustawy o ustroju szkolnym z 1932 r. jako misję państwa uznano zapewnić obywatelom „jak najwyższe wyrobienie religijne, moralne, umysłowe i fizyczne oraz jak najlepsze przygotowanie do życia”. Na pierwszym miejscu nie przypadkiem stawiając ,,wyrobienie religijne”. Gruntowne wpojenie zasad religijnych uznano za podstawę wychowania obywatelskiego.

    „Statut szkół powszechnych” opracowany w latach 30. przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświeœnia Publicznego autorytatywnie pouczał o zadaniach polskiej szkoły i jej zasadach organizacyjnych. W programie szkoły powszechnej każdego stopnia są następujące obowiązkowe przedmioty: religia, język polski, historia, geografia, nauka o przyrodzie - instruował, wymieniając religię nawet przed językiem ojczystym, W zakresie zadań i obowiązków uczniów zapisano: Uczeń dąży do wyrobienia religijnego, do uszlachetnienia swych uczuć i umacniania charakteru, a zarazem kształci swój umysł i zdobywa sprawność fizyczną. Dodatkowo " Regulamin dla uczniów szkół powszechnych z 1935 r. głosił Nie wolno nabywać, czytać, lub rozpowszechniać książek i pism z dążnością przeciwną religii moralności lub Państwu.

    Od 1925 r. naukę religii w szkołach regulował konkordat, a od 1927 r. w polskiej oświacie obowiązywał „słynny” okólnik ministra Bartla nakazujący nauczycielom i dyrekcji szkół nadzorowanie wypełniania praktyk religijnych przez uczniów: udziału we mszach w niedziele i święta, rekolekcjach, spowiedzi i komunii trzy razy do roku oraz modlitwach przed i po lekcjach. Rozporządzenie nakazywało poświęcić część czasu przeznaczonego na obowiązkowe nauczanie śpiewu na naukę śpiewu kościelnego, a nauczyciel zobowiązany był porozumieć się z księdzem co do wyboru pieśni religijnych. Ponadto każda szkoła średnia musiała w swoim budżecie przeznaczyć pewną kwotę na potrzeby religijne.

    Nie tylko wychowanie w szkole powierzono bacznej pieczy księży katechetów. Zwieńczeniem klerykalizacji oświaty było wprowadzenie korelacji całego programu nauczania z religią katolicką. W 1936 r. okólnik ministra Świętosławskiego nakazał nauczycielom, przy realizacji programu poszczególnych przedmiotów, uwzględnić we właściwy sposób korelację z nauka religii rzymskokatolickiej. Uczniom szkoły powszechnej na lekcjach historii m.in. polecano wykładać żywoty świętych, a nauczycieli przyrody stosownie uprzedzano, by nieostrożnymi powiedzeniami nie wzbudzali niepotrzebnych wątpliwości w uczniach.

    Nie taka młodzież święta

    Uczniowie pod nadzorem nauczycieli wprawdzie karnie maszerowali czwórkami do kościoła, ale zarazem ze szkół wydalano 14-latki w ciąży, a wśród uczniów w wieku 14-16 lat stwierdzano choroby weneryczne. W 1925 r., podczas egzaminu maturalnego, w gimnazjum im. Joachima Lelewela w Wilnie dwóch abiturientów urządziło masakrę przy użyciu rewolwerów i granatów, w wyniku której zginęło pięć osób oraz dziewięć zostało rannych. Z ankiet przeprowadzanych w polskich szkołach w latach 30. wynikało, że alkohol spożywało aż 80 proc. uczniów (kilka proc. codziennie), a przypadki upijania się dzieci do nieprzytomności nie należały do rzadkości. W warszawskich szkołach nauczyciele często musieli pod opieką odsyłać do domów uczniów w stanie całkowitego upojenia alkoholowego. Kolejną plagą była narkomania, paradoksalnie szczególnie rozpowszechniona wśród ludności katolickiej na Śląsku i Podhalu. W niektórych śląskich wsiach eter zażywało nawet kilkadziesiąt proc. uczniów szkół powszechnych, a dzieci w stanie odurzenia nierzadko przychodziły na lekcje.

    Demoralizacji młodzieży, zdaniem Kościoła i endeków, i tak zawsze winni byli Żydzi, „ucząca młodzież jak grzeszyć” koedukacja oraz szerzące się ,,bezbożnictwo”. Fakt, że sami księża zachowywali się skandalicznie, a metody wychowawcze kleru często były rodem ze średniowiecza, umykał jakoś duchownym oraz prokościelnym politykom. W 1937 r. ksiądz Kazimierz Łęczycki, w jednej ze szkół w powiecie zamojskim, podczas lekcji religii w bestialski sposób pobił ucznia. Sąd skazał księdza na 100 zł grzywny lub 10 dni aresztu. Podobnych spraw w II RP było znacznie więcej.

    W 1937 r. endecki dziennik „ABC” ujawnił, że prywatna szkoła powszechna pw. św. Karola Boromeusza w Warszawie była siedliskiem najgorszej demoralizacji i spełniała rolę niemal domu publicznego. Na terenie szkoły, w której nauka odbywać się miała pod „specjalnie troskliwą opieką księży”, po lekcjach odbywały się orgie z udziałem uczniów i kilku z nich zostało zarażonych chorobami wenerycznymi. Po nagłośnieniu przez prasę deprawacji nieletnich władze kuratorium natychmiast zamknęły „świętą” szkołę, a prokuratura wszczęła śledztwo. Mimo katolickiego i antysemickiego charakteru szkoły redakcja „ABC” spuentowała: jeśli się weźmie pod uwagę, jak demoralizujący wpływ wywierają Żydzi na otoczenie polskie, cóż się dziwić, że skandal w szkole przy ul. Chłodnej miał miejsce.

   Anna Gabryłłowicz; Tygodnik Faktycznie

   Fot; Wikipedia, 1917.net.pl



Komentarze

Wydarzenia

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.